O pokoju, którego nie było i nie będzie

Donbas, Sudan, Kaszmir, Palestyna. A może Afganistan, Mali, Irak, Libia? Lista tych miejsc jest o wiele dłuższa, można by tak wymieniać w nieskończoność. W sobotnie popołudnie (10 czerwca 2017) w centrum Warszawy odbył się marsz pokoju. Jego głównym przesłaniem było przywrócenie wyżej wspomnianym rejonom i ich mieszkańcom normalności. Normalności, opierającej się na spełnianiu podstawowych, ludzkich potrzeb, między innymi do ochrony życia każdej jednostki. Normalności polegającej nie na rozkładaniu parasoli zabezpieczających przed spadającymi bombami, lecz także takiej która wszystkie te bomby usunie, nie pozwoli wystrzelić ich w powietrze. Dlaczego w dzisiejszych czasach brzmi to tak bardzo utopijnie? A jak brzmiało kiedyś? O tym, dlaczego zdecydowałem się na tak nihilistyczny tytuł felietonu, opowiem w kolejnych akapitach.

Si vis pacem, para bellum

Fenomenem idei pokoju jest fakt, że celem większości podmiotów, ideologii czy postaci historycznych jest i było jego osiągnięcie. Planowane zazwyczaj w dalekiej przyszłości, jako zwieńczenie trudu i cierpienia przeciągającego się montażu nowego ładu, który jednym się udał, innym nie do końca. Jeżeli założymy, że pokój stanowi przeciwieństwo wojny, dotrzemy do pierwszego paradoksu – każde działanie totalne, dążące do wprowadzenia pokoju, przeprowadzone było z użyciem przemocy, broni, wojska. Najdalej od osiągnięcia stanu pokoju byli ci, którzy ten pokój chcieli uczynić najbardziej światowym i wieczystym. Należy oczywiście nadmienić, iż ów pokój stanowił tzw. marchewkę, czynnik zachęcający i motywujący działanie właściwe. Niczym figowy listek, razem z innymi rewelacyjnymi wartościami wolności czy równości, pokój zdobił w najlepsze ideologie faszyzmu czy zabiegi kolonizatorów.

Dla wielu wydawać się to może wręcz absurdalne, lecz nawet takie historyczne sławy jak Hitler czy Stalin dążyły do wprowadzenia światowego pokoju, bezmiernej wolności. Główny problem owych wartości stanowiła filozofia absolutna, wizja tworzona i stosowana wyłącznie przez jeden podmiot, dyktatora i jego państwowych podwykonawców. Dlatego też, każdy kto z ideą absolutnego pokoju i wolności się nie zgadzał, lądował zależnie od długości geograficznej w obozach koncentracyjnych bądź gułagach.

Niemniej jednak, natura ludzka to nie tylko zachłanność, zaborczość, walka o przetrwanie. Geopolityka, jak straszna by nie była, starała się także okazać nieco empatii, delikatności, ciepła, których najwięcej było w okresach następujących po czasach najokrutniejszych walk, czas w którym człowiek od definicji człowieczeństwa oddalał się najbardziej. Potem nadchodziła głęboka refleksja, nowe rozdanie. Dążyło ono do wprowadzenia pokoju, definiowanego jako międzynarodowy ład. Proces wdrażania miał przebiegać w oparciu o zasadę złotego środka w skomplikowanych relacjach społecznych i państwowych potrzebach. Najbardziej powszechnymi i wyraźnymi erami pokoju były czasy obowiązywania postanowień kongresu wiedeńskiego, traktatu wersalskiego, a współcześnie – epoka jurysdykcji Karty Narodów Zjednoczonych. Co istotne, każdy z wspomnianych porządków stanowił pewnego rodzaju system gwarancji, który zapewniony był instytucjonalnie – Świętym Przymierzem czy Ligą Narodów. Ich nieudolność wynikała nie tylko z rosnących konfliktów wartości, lecz także z braku możliwości ich rozwiązania. Problemy i kryzysy stały się bezpośrednią przyczyną stopniowego demontażu, doprowadzając do końcowego upadku, okraszonego nomen omen, kolejnymi konfliktami.

Z perspektywy charakterystyki praw człowieka, prawo jednostki do pokoju powinno być raczej definiowane jako prawo pozytywne, bowiem wymaga obowiązku ochrony przez oficjalne władze, specjalne instytucje. Kolejnym jednak paradoksem prawa do pokoju jest jego ambiwalentność stosowania. W momencie, gdy głównym podmiotem sprawczym większości konfliktów zbrojnych pozostaje nie kto inny jak władza, prawo do pokoju definiowane być może również w kategoriach prawa negatywnego. Stąd też idea prawa do pokoju pozostaje jednym z najbardziej zawiłych i skomplikowanych aspektów kanonu praw człowieka, co nieuchronnie przyporządkowało je do zbioru praw trzeciej generacji, praw kolektywnych i dokładnie niesprecyzowanych, wciąż się kształtujących i poszukujących swojej tożsamości w odbiciu do dzisiejszych społecznych tendencji.

Tłumacząc pokój filozofią

Poszukując wytłumaczenia różnych poglądów filozoficznych na temat pokoju między jednostkami i społeczeństwami, możemy wyróżnić dwie nowożytne perspektywy, określające człowieka jako byt negatywny bądź pozytywny. Pierwsza oparta jest na przekonaniu o pesymistycznej, pierwotnej naturze człowieka, która dąży do konfliktu. Przetrwanie określane jako nieustanna walka, zostało szeroko opisane przez Thomasa Hobbesa w dziele Lewiatan z 1651 roku jako bella omnium contra omnes. Hobbes funkcjonowanie aspektów bezpieczeństwa i pokoju wyjaśniał oddaniem praw jednostki w ręce absolutnego suwerena, który definiowany był jako podmiot gwarantujący stabilność. Wyzbycie się jednak wszystkich praw osobistych na rzecz samego bezpieczeństwa krytykowane jest przez wielu współczesnych prawodawców, którzy skłaniają się bardziej ku drugiej perspektywie.

Określa ona stan natury oraz współistnienie człowieka w kategoriach pozytywnych i optymistycznych. Funkcjonowanie jednostki w zgodzie z innymi zostało określone jako racjonalne przez Johna Locke, który wierzył jednocześnie w zdroworozsądkowość i rzetelność umysłu jak i w ubytki oraz niedogodności natury. Obecność tej drugiej wymaga stworzenia odpowiednich instytucji, które umożliwią egzekwowanie prawa na podstawie zaangażowania jednostek. Ma to umożliwić jednoczesne utrzymanie takich uwarunkowań jak analizowany pokój. Potrzeba nieustannej uwagi wobec możliwego wystąpienia motywów nieracjonalnych, negatywnych, nadaje poglądom Locka rangi fundamentu współczesnego społeczeństwa obywatelskiego. Jego funkcjonowanie możliwe jest dzięki istnieniu praw człowieka.

Kolejnym istotnym krokiem w tworzeniu filozofii pokoju była niezwykle ważna praca Immanuela Kanta – Projekt Wieczystego Pokoju – z 1795 roku. Zbiór artykułów preliminaryjnych (wstępnych) wydaje się inspirowany zarówno cechami pozytywnymi jak i negatywnymi każdej jednostki. Aspekty wskazujące na izolacjonizm, takie jak niemożność zaciągania międzynarodowych długów przeplatane są aktywnym zaangażowaniem państwowym w budowę luźnych federacji ogólnoświatowych i tworzenie traktatów pokojowych. Jak pokazała historia ostatnich dwustu lat, żaden z powyższych postulatów na dobre nie zagościł w globalnym społeczeństwie. Co jakiś czas są one okrutnie wypędzane, ale ich nieobecność szybko sprawia, że znów zaczyna się je wyczekiwać. Ma to charakter sinusoidalnego ruchu.

Zawsze wtedy mówimy o lekcji, o tym, że to co było, już więcej się nie powtórzy. Pamięć mamy jednak niesamowicie krótką, starsze pokolenia, bazując na bogatym doświadczeniu, na działania zbrojne reagują negatywnie. Młodsze, empirycznie zupełnie nieświadome i niedoświadczone, uczuć negatywnych  nie przejawiają, czynią z wojny głośną i błyskającą zabawkę. Zastanawiam się ilu lekcji nam jeszcze zostało, aby empiryzm zastąpić w tej kwestii racjonalizmem. Świadomość powinna rosnąć proporcjonalnie do postępu technologicznego, brak ostrożności może zakończyć się już nie tylko tragiczne, lecz także katastrofalnie. Konflikty, mimo swej różnorodności w początkach i przyczynach, koniec i skutek, w myśl wiersza Tadeusza Różewicza Ocalony mają zawsze taki sam:

widziałem:

furgony porąbanych ludzi

którzy nie zostaną zbawieni.

Hippie protesting the Vietnam War, ca. 1960s.

Gdy wojna zderza się z pokojem

Potyczka instytucji wojny z instytucją pokoju kończy się zazwyczaj zwycięstwem tej pierwszej, która wykorzystuje siłę, przemoc, pierwotne motywy, pokazuje język regulacjom, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji. Dlaczego to jednak ona wygrywa, często ku zadowoleniu większości?

Falą emocji negatywnych, pragnienia zemsty, rewanżu za historyczne współistnienie rozsadza wszystko to, co pokój gwarantował. Każda wojna niesie ze sobą działanie destrukcyjne – niszczy funkcjonowanie praw człowieka, moralność, ze zwielokrotnioną siłą eksploatuje otoczenie, uruchamia i potęguje drakońskie odruchy, dorobek kulturalny posyła w zapomnienie. Zostawiając po sobie jedynie rozmemłaną kaszę, mieszaninę zawalonych budynków z ich wcześniejszą zawartością. Dlatego też prawo jednostki do pokoju to nie tylko zagmatwane pojęcie kanonu praw człowieka, wędrujące po orbitach różnych teorii prawodawczych. To także, jeżeli nie przede wszystkim, pragmatyczny gwarant innych, kluczowych dla społeczeństw praw pierwszej generacji, takich jak prawo do życia, zakaz tortur i dyskryminacji, wolność słowa. Wraz ze zniknięciem prawa do pokoju automatycznie znikają wszystkie pozostałe wartości, zapewnienia, prawa. Nic dziwnego, iż nie każdy jest w stanie funkcjonować w wojennej rzeczywistości. Stąd też jednym z głównych skutków każdego konfliktu zbrojnego jest ucieczka niezaangażowanych cywili, uchodźców, którzy szukają schronienia, życia bez huków i wybuchów.

Potrzebne są zmiany

ONZ, instytucja, która w swej koncepcji zapewnia światowy pokój, postrzegana jest dwuznacznie. Z jednej strony, to najlepszy jak do tej pory system strzegący porządku i wolności od spadających z nieba pocisków na obszernych terenach Ziemi. Skuteczniejszy od jego pierwotnej spadkodawczyni doświadczeń, Ligi Narodów. Z drugiej jednak, system powszechnie krytykowany, jednocześnie za mieszanie się i nie mieszanie w polityki wewnętrzne państw. Za bycie zbyt okrutnym i zbyt delikatnym. Za częsty przerost formy nad realnym działaniem, który prowadził do nadmiernej bierności i ignorancji wobec dynamicznych wydarzeń. Brak odpowiednich reakcji wobec wojen domowych w Bośni czy Rwandzie zrzuca częściową odpowiedzialność za ludobójstwa właśnie na nieporadnych oficjeli ONZ-u. Poważnie nadszarpnięta reputacja w czasie lat dziewięćdziesiątych doprowadziła do jeszcze dotkliwszego spadku mocy sprawczej, często zredukowanej do zaniepokojeń i potępień, które są już ironicznie odbierane. Dlatego też, w miarę zmieniającego się świata, konieczna jest istotna reforma działań ONZ-u, zwłaszcza w dziedzinie utrzymywania i wprowadzania pokoju. Mam wrażenie, że jednym z głównych aspektów funkcjonowania światowego pokoju, głoszonym już przez Kanta, nie wprowadzonym jednak jak dotąd całkowicie przez żadną instytucję, jest zniesienie wojsk państwowych i ich jednoczesne zastąpienie poprzez ogólnoświatową, międzynarodową brygadę reakcji na katastrofy. Współczesny model wspólnych oddziałów, znanych pod nazwą błękitnych hełmów, to zasadniczo szablon przejściowy, ograniczony w swych kompetencjach, spisany na straty w starciu z wojskami narodowymi. Dopóki postulat wyłącznych wojsk międzynarodowych będzie traktowany jako coś niemożliwego, utopijnego, nieobecnego nawet w debacie publicznej, dopóty problem Donbasu, Palestyny czy Afganistanu nigdy się nie skończy, a rozlanie się przemocy po obecnie spokojnych miejscach będzie prawdopodobne. Tym bardziej, że przyczyny ideologiczne czy środowiskowe wciąż przybierają na sile, natomiast mechanizmy zabezpieczające stabilność słabną.

 


PAP/Radek Pietruszka

 

Autor: Jakub Stepaniuk

Źródła:

  • Hołda Joanna, Hołda Zbigniew, Ostrowska Dorota, Rybczyńska Julita Agnieszka, Prawa Człowieka, Zakres Wykładu, LEX a Wolters Kluwer, Warszawa 2014.
  • Kant Immanuel, Rozprawy z Filozofii Historii, Wydawnictwo Antyk, Komorów 2005.
  • Różewicz Tadeusz, Niepokój, Przełom, Kraków 1947.

 

Share this:
Facebooktwittergoogle_plustumblr

Post Author: Redaktor

2 thoughts on “O pokoju, którego nie było i nie będzie

    Konfitura

    (19 czerwca 2017 - 16:12)

    Ociupinkę zalatuje grafomanią.

      Redaktor

      (21 czerwca 2017 - 17:09)

      Dziękujemy za wyrażenie opinii. Jak na felieton przystało autor zastosował w nim indywidualny styl pisania i dokonał subiektywizacji opinii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *